DIY: szydełkowanie, czyli nowe hobby na tapecie

Zakładając tego bloga przestrzegałam przed moim słomianym zapałem, ale również przed tym, że pochłaniam każdą nowinkę, każde nowe zajęcie, które mnie potencjalnie zainteresuje. Wspominałam? Nie? Jeśli nie, to właśnie wspominam. Tym razem padło na szydełkowanie. A zaczęło się (tu będzie „trochę” sentymentalnej prywaty)…

…dawno, dawno temu moja mama miała w barku naszej prl-owskiej meblościanki schowaną maszynę dziewiarską – dla mnie coś ogromnego i strasznie skomplikowanego. Miała też masę wykrojów z Burdy i innych czasopism tego typu, a na dole jej szafy spoczywały wielkie wory z milionem rodzajów włóczek, szydełek i drutów. Mnie interesowały te rzeczy jedynie pod kątem zabawy, ale poza tym zawsze mogłam liczyć na to, że raz na jakiś czas dostanę jakiś ładny sweterek czy spódniczkę, nie wspominając o szalikach i czapkach, które noszę do dzisiaj (! mam nawet jedną ulubioną czerwoną czapkę, którą za dzieciaka nosił mój brat, starszy ode mnie o 15 lat). W podstawówce na zajęciach technicznych uczono nas podstawowych ściegów nitką (radziłam sobie z nimi świetnie, dziś nic nie pamiętam), a także robienia na drutach. Tego drugiego totalnie nie ogarniałam, mimo talentu i pomocy mamy rzędy wychodziły mi krzywe i szpetne, więc szybko się zniechęciłam. Podejmowałam się robienia na drutach jeszcze kilka razy w ciągu kolejnych lat, ale za każdym razem efekt był ten sam. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że jestem leworęczna, więc wszystkie „tutoriale” nauczycielki zdawały się na nic, bo byłam chyba jedyną leworęczną w klasie (jestem z tego pokolenia, w którym jeszcze w przedszkolu „oduczali” leworęczności, więc mańkutów w tamtych czasach było dużo mniej niż teraz). Mimo zamiłowania do wszelkich handmade’ów, nie przełamałam się i po dziś dzień robienie na drutach jest moją piętą Achillesa. W tym całym zniechęceniu nie wpadłam na to, że szydełkowanie to nieco inna bajka i mogę sobie z nim poradzić całkiem nieźle.

A finalnie to było tak, że tydzień temu pojechałam na kawę do mojej przyjaciółki i w trakcie omawiania naszych ostatnich zajęć okazało się, że ona zainteresowała się szydełkowaniem i zaczęła sobie dziergać kosze ze sznurka bawełnianego. Gorąco mnie zachęcała do zgłębienia tematu, więc po powrocie do domu faktycznie zaczęłam przedzierać się przez neta w poszukiwaniu wskazówek dla początkujących. Na drugi dzień pożyczyłam od mamy włóczkę i trzy szydełka. Ćwiczyłam w przeświadczeniu, że to nie do końca tak powinnam robić, ale robótka rosła, więc nie było najgorzej. Po paru dniach doleciał do mnie sznurek, a ja z nim i szydełkiem poleciałam do mamy. Pokazałam, czego się nauczyłam z Youtube’a i stron internetowych, a ona pokazała, jak sama wykonuje dane ściegi (okazało się, że jednak dobrze się nauczyłam), a także nauczyła mnie kilku rzeczy, których jeszcze nie wiedziałam.

W efekcie wczoraj powstał mój pierwszy kosz. Oczywiście plan był na okrągły, ale potrzebuję pojemników do uporządkowania szafy w łazience, więc podjęłam się wydziergania prostokątnego kosza „na chłopski rozum”, bo nie obejrzałam żadnego tutorialu na ten temat. I niech to będzie najlepszym dowodem na to, że szydełkowanie jest super proste i logiczne – wystarczy trochę pomyśleć, pokombinować. Podstawowego ściegu, czyli półsłupków, nauczyłam się w 5 minut. Da się?

Nie czuję się na tyle specem, aby wprowadzać tutaj jakąkolwiek namiastkę instruktażu, ale może z czasem pozwolę sobie na odrobinę mądrości ;-). Tymczasem przedstawiam Wam kosz ze sznurka bawełnianego wykonany w całości z półsłupków. Uszy „dodziergane”, bo nie chciałam robić ich u góry.

kosz1

kosz2

kosz3

kosz4

kosz5

 

 

Poniżej podaję Wam linki do kanałów trzech osób na YT – zapoznanie się z nimi rozwiało najwięcej moich wątpliwości:

The Magik Art

QrkokoTV

Dagna Zielińska

Na sam, samiusieńki początek polecam Qrkoko – pokazuje wszystko bardzo powoli i dokładnie, więc zdążycie powtórzyć każdą czynność i nie będziecie musieli ściągać z neta programu do slow motion ;-).

Co niebawem? Więcej szydełkowania! A także więcej poduszek i, mam nadzieję, innych uszytków. Chciałabym powiedzieć też, że więcej meblowych metamorfoz (strasznie mnie nosi), ale, niestety, pogoda jest jaka jest, a warunki lokalowe nie pozwalają póki co na pracę wewnątrz. Ale jak mocno potrzymacie kciuki, to niebawem może znajdzie się dla mnie miejsce w całkiem niezłym warsztacie :-). Miłego dnia, kochani!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.